sobota, 17 marca 2012

17 marca - sobota

Godzina 6:30, wstaję. To nie było proste, dlatego,że do północy siedziałam kończąc szycie  misia.
Powiem tak : wygląda jak kompletny niedorozwój. Zdjęcia nie mam, bo już jest we Wrocławiu, a ja po prostu zapomniałam o tym, że mogę go 'uwiecznić'.

O godzinie 7:30 pociąg 'z Kluczborka do Wrocławia Głównego' już stał na peronie. 7:46 - ruszamy.
Fajnie wsiadać na pierwszej stacji, można wybrać dowolne miejsce i cieszyć się brakiem nie zawsze miłego towarzystwa. Gdy do pociągu zaczęli wchodzić ludzie na poszczególnych stacjach, już nie było tak fajnie.  Dalej mogłam czytać "Rękę mistrza" , pisać coś w zeszycie ale.. czując na sobie wzrok innych ludzi to już nie jest takie komfortowe. Co prawda lubię jak ktoś na mnie, na moje glany patrzy . Z ciekawością, zainteresowaniem. Byleby nie z pogardą. Tego nie lubię.
Na siedzeniach na przeciwko mnie usiadła para miłośników piercingu i tatuaży. Me gusta.

Przeczytałam dość spory fragment książki. Nie wiem jaką minę miałam w pewnych momentach, i prawdę mówiąc wolałabym nie wiedzieć.

Miałam wysiąść na Nadodrzu, więc przy drzwiach stałam odkąd tylko zauważyłam Odrę.
Około 10 byłam na miejscu, Marta już czekała na peronie. Idziemy przez jakieś przejście , rada Marty "wstrzymaj oddech". Ups, nie dało rady, zaczęłam się śmiać. Ale na szczęście nie czułam wyraźnie "tego " zapachu który ponoć unosił się w powietrzu..
Akademik.
Marta: Naszykuj legitymację.
Ja: Moją Kenkartę ?
Mhm. :-)

Już od drzwi zaczęłam się śmiać. Marta i jej współlokatorka Basia mają "biznes" więc na drzwiach głoszenie  mówiące o tym,że mają ksero, drukarkę i takie tam. Pod spodem napis : proszę przychodzić w rozsądnych godzinach. Marta twierdzi,że ten dopisek był potrzebny, bo ludzie przychodzili zbyt wcześnie ( czytaj o godzinie 8:00. Fakt, strasznie wcześnie.. :-) )

Dałam Marcie niedorozwiniętego misia. A ona mi zrobiła płatki.
Baśka: Ej, Ania co trochę Ci coś szyje, a ty coś jej dałaś ?
Marta: Jedzenie.
Ja: Dziękuję milordzie.

Trochę czasu spędziłyśmy w pokoju w akademiku, później - Pasaż Grunwaldzki.
Kolejne sklepy w których dowiaduję się, że jeżeli nawet jest ten rozmiar xl to nie jest on przewidziany dla osób takich jak ja. No cóż, zdarza się, życie. W New Yorkerze stwierdziłam, że nie będę dołować się tym ,że nic nie umiem na siebie znaleźć więc.. poszłam do działu męskiego. :-D Męskie koszulki są fajne - zawsze się w nie mieszczę :) Kupiłam taką z napisem "Dead Serious" .  I fajnie.
W kolejnych sklepach też były fajne męskie koszulki, ale jakoś wyszło,że nie kupiłam nic więcej.

Generalnie całe moje zakupy ograniczyły się do koszulki, antyperspirantu i tymbarka. Bywa.

13:20 - kino. Film "Wszystkie odloty Cheyenne`a". Według niektórych opinii totalna klapa, według innych fajny. Jak dla mnie lekko przekombinowany - Cheyenn irytował mnie swoim wyglądem. Stylem mówienia nie wkurzał mnie aż tak bardzo jak całym tym wyglądem. No.
Fabuła - komedio dramat. Ponoć cholernie śmieszny. Czy ja wiem ? Fakt, w kilku momentach można było się śmiać, ale nie przez cały film. Generalnie to.. może to dziwne , ale ja w pewnym momencie miałam łzy w oczach. Konkretnie wtedy jak Cheyenn powiedział ,że "ojciec go nie kochał". Aww, ja nie ryczę na filmach, no.. a tu taka porażka...
Wracając do fabuły - może się powtórzę , ale : przekombinowane i wyolbrzymione. No bo sorry, ale.. przez 30 lat szukać kogoś żeby się zemścić za jedno upokorzenie ? I jeszcze końcówka filmu - wspaniałomyślny syn mści się na .. "prześladowcy " ojca ( którego przez 30 lat nie widział i specjalnie się nim, nie interesował) w taki sposób,że starszego faceta wyrzuca nago na śnieg. No trochę przykre takie...
Podobała mi się muzyka. Można powiedzieć, że bardzo mi się podobała.
The pieces of shit
I część scen też mi się podobała.

Wrażenie po filmie - raczej pozytywnie. No i oczywiście chyba jako jedyny tekst z filmu utkwił w mojej głowie " Bóg jest.. Bogiem". :-)

No w końcu co mam powiedzieć - stracone 30 zł na bilet i popcorn? Nie , nie stracone.
(Popcornu nie zjadłam nawet pół, brawo dla mnie :-) )


Od razu po filmie trzeba było się zwijać z galerii, za godzinę miałam pociąg.
Weszłyśmy na chwilę do akademika ( Marta dała mi plakaty) , później tramwajem na dworzec.

Czekałam 20 minut na pociąg. Miałam okazję słuchać śpiewu jakiegoś pana menela. Zdarza się..

Ambitne plany czytania książki, ewentualnie pisania w zeszycie notki z piątku się nie powiodły. Siedziałam z trzeba innymi osobami i trochę mało miejsca było. Of course siedziałam tyłem do kierunku jazdy, lubię to nawet ;-)

Po około dwugodzinnej trasie z Wrocławia do Wołczyna pociągiem, czekała mnie jeszcze droga do Jakubowic samochodem. Jechałam z Ewą, śmiałam się, że dzisiaj zobaczę jak szarżuje po drodze :) Jeździ bardzo przepisowo, dawno nie jechałam 40 km/h :-)

Po dotarciu do domu, czyli przed godziną 19:
Tata : Kupiłaś coś ?
Ja: Koszulkę tylko
T: Ehh.. Kurtkę miałaś kupić..
J:Nie było. A jak były to za ponad trzy stówy.
T: No to powiedz Mateuszowi , żeby z tobą do Wieruszowa pojechał jutro..
J: Nie ! Ja mam lekcje do odrobienia !
Palnęłam :-) Ale to prawda, nawet jeszcze nie zajrzałam do żadnego zeszytu.

No to zdjęcia, bo dawno nie było :
Taki tam szpan na bilety za łączną kwotę około 25 zł. Hardkor

Dla porównania - bilety z roku 1993 (!) , które znalazłam w starej koszuli w szafie mojego taty. Ta szafa to jest niemalże Narnia ;-)
9000 zł za bilet. To.. ciekawe czasy ;-)

Plakaty od Marty : 

 
z pozdrowieniami dla Patrycji :D

Nowa koszulka :D 
:-)

O bardzo wczesnej godzinie, czyli po 23 położyłam się spać. Zdarza się, nie moja wina, że nie umiem zasnąć jak w pokoju mam totalny chlew.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz