poniedziałek, 8 września 2014

8 września - poniedziałek

Poniedziałek. Kompletnie beznadziejny dzień. Chyba zawsze.

8 września, 8:30 - moja ostatnia wizyta u dentysty przed osiemnastymi urodzinami. To nie mogło skończyć się dobrze, w moim życiu nie ma happy endów.

Dentystka powitała mnie słowami "dwa tygodnie nie trzymałam wiertła w rękach, chyba się odzwyczaiłam".
Nie uciekłam, przecież twardym trzeba być, nie miękkim. Mój błąd.
Cała wizyta przebiegła jak zawsze. Czytaj: pani dentystka trochę powierciła, później nałożyła mi coś do zęba (obstawiam, że jakąś starą, odklejoną spod szkolnej ławki gumę) no i jak zawsze musiała mi w ustach zamontować jakąś rurkę, bo ja na fotelu dentystycznym mam ślinotok niczym dziewięciolatka na widok Violetty. Niby wszystko zwyczajnie, ale do tej pory było tak, że przychodziłam z bólem a wychodziłam z ulgą. Dziś - na odwrót. Z każdym ruchem ręki dentystki w mojej jamie ustnej miałam ochote kogoś zabić. Niekoniecznie dentystkę, bo to bardzo miła kobieta, ale gdybym miała pod ręką kogoś innego to jak najbardziej. Niestety (a może i na szczęście? ) pod ręką, a właściwie w ręce miałam tylko chusteczkę którą z nerwów zmaltretowałam do granic możliwości.  Gdy na koniec zapytałam czy to normalne że mnie boli, pani dentystka powiedziała, że właściwie to tak. I widziała że ten ząb był jakiś nadwrażliwy. No ale właściwie to nie mam powodów do zmartwień bo gdyby do wieczora nie przestało mnie boleć to mam dzwonić -rozwiercimy i zrobimy kanałówkę ♡

Z wizją całego dnia wycia z bólu grzecznie podziękowałam i wyszłam z gabinetu i udałam się do apteki celem zdobycia niezbędnych do przetrwania poniedziałku tabletek przeciwbólowych.
Po zakupie od razu wzięłam dwie. Profilaktycznie. Gdyby nie zaczęły działać to w opakowaniu było jeszcze osiem, i myślę że nie byłoby dla mnie dużym problemem wzięcie ich wszystkich na raz. (Choć właściwie zjedzenie całego opakowania tabletek przeciwbólowych mogłoby wyglądać na kiepską próbę samobójczą)
Na szczęście tabletki po jakimś czasie zaczęły działać i nie muszę już rozmyślać co by było gdybym jednak połknęła wszystkie.

Z apteki udałam się w stronę przystanku. Trzeba jechać do szkoły - kartkówka z maty rzecz święta, co z tego że boli mnie ząb, skoro mam szansę jechać do szkoły i dostać szmatę za to że  nie potrafię w dostatecznym stopniu opanować pochodnych?
Na moje nieszczęście dowiedziałam się że nie ma matematyki. Nie ma kartkówki. Nie ma możliwości otrzymania szmaty. Po krótkich przemyśleniach doszłam do wniosku, że moja wizyta w szkole w tych okolicznościach nie ma sensu
Wracam do domu. Z buta.
Z Byczyny do Jakubowic - 9km. Nie wiem kiedy ostatni raz tyle przeszłam z własnej woli.
Okazało się, że jednak daję radę i nawet z bolącym zębem mogę to przejść. Co prawda szłam prawie dwie godziny... ale chyba i tak jestem z siebie dumna.
Prawdę mówiąc szło się całkiem przyjemnie. To że "idę" odczułam tak naprawdę dopiero w Jakubowicavh, gdy weszłam na drogę pełną kamieni. Na tej drodze przez cieńkie podeszwy  trampek czułam każdy kamień. Każdy. Cholerny. Kamień.

Po dojściu do domu okazało się, że totalnie nie potrafię chodzić - mam odciski na piętach. Brawo Ania, z wiekiem jesteś coraz większą niezdarą i lamusem. I jeszcze się tym chwalisz. I mówisz sama do siebie. Życiowa porażka.

Właściwie to wizyta u dentysty była najciekawszym wydarzeniem tego dnia.
Teraz jest 00:50, a ja mam swoje party hard na Weselu Wyspiańskiego. Polecam ogromnie, idę jeszcze raz przeczytać streszczenie. I nie, wcale nie robię tego no za kilka godzin mam sprawdzian, ale oczywiście dlatego, że to pasjonująca lektura :)
Będę ją czytać dzieciom. (Pod warunkiem że będę je mieć i nie będę ich kochać)

czwartek, 21 sierpnia 2014

21 sierpnia 2014 - czwartek

Jakieś pół roku temu podjęłam próbę powrotu do pisania bloga.
Cóż, nie wyszło.
Próbuję jeszcze raz :)

Jest czwartek, godzina piętnasta dwadzieścia, pogoda jest wspaniała (czytaj: słońce nie świeci mi w monitor) i uważam że życie jest wspaniałe.
Bez obaw, moje pozytywne nastawienie przeminie wraz z wakacjami, a może nawet szybciej.

O czwartej nad ranem wróciłam do domu.
Wiem, żaden wyczyn - w moim wieku ludzie wracają do domu później, po kilku dniach, albo i nie wracają wcale.
Dla mnie to jednak trochę nadzwyczajne, bo nie codziennie spędzam pół nocy poza domem.

Wczoraj byłam na urodzinach Dominika. Kolegi, może nawet przyjaciela, trochę ciężko stwierdzić.
Było świetnie.
Nie piłam, nie tańczyłam i pilnowałam jakiejś nieznajomej dziewczyny, którą poniósł melanż (chyba taka już moja rola na tego typu imprezach. Troskliwa Matka Teresa z Kalkuty Ania z Jakubowic).
Ktoś normalny mógłby stwierdzić, że powaliło mnie, jeśli mówię, że to była świetna noc. A mnie i tak się podobało. To chyba dlatego, że do normalności jeszcze wiele mi brakuje.





Zmieniłam nazwę bloga. Pamiętnik młodej zielarki brzmiał dobrze, ale tylko pod warunkiem, że ktoś zna tę piosenkę zespołu happysad. Inni mogli pomyśleć, że znajdą tu wyznania jakiejś ćpunki. A później rozczarowanie, bo to tylko jakieś nudne i niepoukładane przemyślenia o życiu, szkole i bezsensie istnienia.
Adresu na razie nie zmieniam, bo po pierwsze nie chce mi się szukać jak to zrobić :), a po drugie - zmienię go, gdy zacznę systematycznie pisać. Systematycznie, znaczy z przerwami krótszymi niż rok.

środa, 26 lutego 2014

Środa 26 lutego - come back?

Powracam. Nie wiem czy na dzień tydzień, miesiąc, czy żeby napisać tylko jedną notkę, ale wracam.
Napisałabym, że stęskniłam się i takie tam, ale nie lubię kłamać. Moje dzisiejsze smęty to efekt zwyczajnej nudy.
Dzisiejszy dzień był do bani. Nudny, samotny, kompletnie bezsensowny. Pewnie dlatego zaczęłam przeglądać galerię zdjęć. Jakbym szukała tam czegoś lepszego niż mam teraz. Wszystko jest fajniejsze. Nie lubię być sama. To znaczy czasem lubię, ale.. ale nie dzisiaj.
Dużo się u mnie zmieniło od czasu ostatniej notki. Bardzo dużo.
Co się nie zmieniło? Wciąż jestem popierdolona :), może nawet bardziej niż kiedyś. Sorry.
Aktualnie jestem już prawie osiemnastoletnią uczennicą ZSO; 2 klasa, drugie półrocze. Jak ten czas dziwnie leci... A szkoła?  Z jednej strony jest strasznie i źle, mam mnóstwo nauki i niewiele chęci; z drugiej - poznałam sporo nowych osób. Fantastyczni ludzie, przynajmniej niektórzy (mam na myśli "ekipę" spod auli). Ja ich uwielbiam, oni mnie niekoniecznie.  Cóż, takie życie, chyba muszę przywyknąć :)
Inne zalety drugiej klasy? Mało przedmiotów. 9. W tym 4 rozszerzenia, czad.
Mam zamiar zdawać maturę z geografii,  ale jak słucham o skałach osadowych to trochę się boję. O matematyce nie będę wspominać, żeby nie psuć sobie dobrego humoru.
Zostałam harcerką. Dołączyłam zgodnie z myślą, że wszystkie brzydkie dziewczęta idą do harcerstwa. Jeszcze nie jestem taką tró harcerką, na razie nie mam nawet munduru. Mam niewielkie pojęcie o prawie harcerskim i  odrobinę chęci do działania. I do spotykania się z ludźmi.  Szkoda, że nie w swoim wieku. Trudno, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Nie wiem jak to będzie dalej wyglądać, na razie wróciłam z zimowiska i mam mieszane odczucia. Nadal. Od stycznia. Fantastycznie. Muszę się ogarnąć. (Tak. Nie ogarnęłam się przez całe życie i nagle ogarnę się w miesiąc. Akurat.)
Chyba powinnam już pójść bo znowu zaczynam kłócić się sama ze sobą. Jeden wielki monolog. Wielka improwizacja.
Nie wiem, czy ten post ma jakikolwiek sens.

Pozdrawiam ludzi którzy chociaż trochę stęsknili się za mną i moją grafomanią.

Ania.