Poniedziałek. Kompletnie beznadziejny dzień. Chyba zawsze.
8 września, 8:30 - moja ostatnia wizyta u dentysty przed osiemnastymi urodzinami. To nie mogło skończyć się dobrze, w moim życiu nie ma happy endów.
Dentystka powitała mnie słowami "dwa tygodnie nie trzymałam wiertła w rękach, chyba się odzwyczaiłam".
Nie uciekłam, przecież twardym trzeba być, nie miękkim. Mój błąd.
Cała wizyta przebiegła jak zawsze. Czytaj: pani dentystka trochę powierciła, później nałożyła mi coś do zęba (obstawiam, że jakąś starą, odklejoną spod szkolnej ławki gumę) no i jak zawsze musiała mi w ustach zamontować jakąś rurkę, bo ja na fotelu dentystycznym mam ślinotok niczym dziewięciolatka na widok Violetty. Niby wszystko zwyczajnie, ale do tej pory było tak, że przychodziłam z bólem a wychodziłam z ulgą. Dziś - na odwrót. Z każdym ruchem ręki dentystki w mojej jamie ustnej miałam ochote kogoś zabić. Niekoniecznie dentystkę, bo to bardzo miła kobieta, ale gdybym miała pod ręką kogoś innego to jak najbardziej. Niestety (a może i na szczęście? ) pod ręką, a właściwie w ręce miałam tylko chusteczkę którą z nerwów zmaltretowałam do granic możliwości. Gdy na koniec zapytałam czy to normalne że mnie boli, pani dentystka powiedziała, że właściwie to tak. I widziała że ten ząb był jakiś nadwrażliwy. No ale właściwie to nie mam powodów do zmartwień bo gdyby do wieczora nie przestało mnie boleć to mam dzwonić -rozwiercimy i zrobimy kanałówkę ♡
Z wizją całego dnia wycia z bólu grzecznie podziękowałam i wyszłam z gabinetu i udałam się do apteki celem zdobycia niezbędnych do przetrwania poniedziałku tabletek przeciwbólowych.
Po zakupie od razu wzięłam dwie. Profilaktycznie. Gdyby nie zaczęły działać to w opakowaniu było jeszcze osiem, i myślę że nie byłoby dla mnie dużym problemem wzięcie ich wszystkich na raz. (Choć właściwie zjedzenie całego opakowania tabletek przeciwbólowych mogłoby wyglądać na kiepską próbę samobójczą)
Na szczęście tabletki po jakimś czasie zaczęły działać i nie muszę już rozmyślać co by było gdybym jednak połknęła wszystkie.
Z apteki udałam się w stronę przystanku. Trzeba jechać do szkoły - kartkówka z maty rzecz święta, co z tego że boli mnie ząb, skoro mam szansę jechać do szkoły i dostać szmatę za to że nie potrafię w dostatecznym stopniu opanować pochodnych?
Na moje nieszczęście dowiedziałam się że nie ma matematyki. Nie ma kartkówki. Nie ma możliwości otrzymania szmaty. Po krótkich przemyśleniach doszłam do wniosku, że moja wizyta w szkole w tych okolicznościach nie ma sensu
Wracam do domu. Z buta.
Z Byczyny do Jakubowic - 9km. Nie wiem kiedy ostatni raz tyle przeszłam z własnej woli.
Okazało się, że jednak daję radę i nawet z bolącym zębem mogę to przejść. Co prawda szłam prawie dwie godziny... ale chyba i tak jestem z siebie dumna.
Prawdę mówiąc szło się całkiem przyjemnie. To że "idę" odczułam tak naprawdę dopiero w Jakubowicavh, gdy weszłam na drogę pełną kamieni. Na tej drodze przez cieńkie podeszwy trampek czułam każdy kamień. Każdy. Cholerny. Kamień.
Po dojściu do domu okazało się, że totalnie nie potrafię chodzić - mam odciski na piętach. Brawo Ania, z wiekiem jesteś coraz większą niezdarą i lamusem. I jeszcze się tym chwalisz. I mówisz sama do siebie. Życiowa porażka.
Właściwie to wizyta u dentysty była najciekawszym wydarzeniem tego dnia.
Teraz jest 00:50, a ja mam swoje party hard na Weselu Wyspiańskiego. Polecam ogromnie, idę jeszcze raz przeczytać streszczenie. I nie, wcale nie robię tego no za kilka godzin mam sprawdzian, ale oczywiście dlatego, że to pasjonująca lektura :)
Będę ją czytać dzieciom. (Pod warunkiem że będę je mieć i nie będę ich kochać)
