Lodówka.. co my tu mamy? Głównie spleśniałe artykuły spożywcze.
Odkryłam kilka gatunków musztardy ( poza "sarepską", "delikatesową" i "stołową" były jeszcze "bardzo zepsuta", "bardziej zepsuta" i o k**** to się rusza!" )
Btw - nie lubię musztardy. Ale znalazłam coś fajnego ;-) najlepszy podpis ( bez którego nie domyśliłabym się co to jest) " kromka chleba posmarowana musztardą "
Jako, że jeszcze zaliczam się do grupy określanej mianem dzieci, a wczoraj był dzień dziecka dostałam troochę słodyczy. Konkretnie mam na myśli .. pianki/ marshmallow ( jak zwał tak zwał) :-D
Smażenie ich nad świeczką w pokoju ( :-DD ) i zjedzenie połowy paczki - nie wiem czy to był dobry pomysł. Ale na pewno nowe, ciekawe doświadczenie. ( W CV sobie wpiszę.)
Nie do końca wiem dlaczego, ale napisałam sobie na ręce " Dura lex, sed lex." ( Nawet wiem co to znaczy :-) )
O 14:20 przyszedł Dawid żeby powiedzieć ,że mamy iść na boisko. Spoko, gdyby nie to, że przyszliśmy tam z Dominikiem ( byli już Monika, Mateusz, Michał, Patrycja, Marcin) a tego gnoja nie ma. Nosz kuźwa. Po jakichś 20 minutach dowiedzieliśmy się że jednak pod remizą mamy być... Kiedy tak szliśmy jak drużyna paletek do ping-ponga ( Ahh, te stroje MDP ) wymyślaliśmy plany unicestwienie Dawida. Ale żyje. Jeszcze.
Koło 15 pojechaliśmy do Byczyny ( chłopaki strażą, dziewczyny osobówkami). Jezu, jak ja dawno nie jechałam tak
Przyjechaliśmy na boisko. I się zaczęło.. Teoretycznie na sztafecie mam najłatwiej ( samo 25m ) ale robię to chyba w takim czasie jak inni 50m i to jeszcze z przestawieniem gaśnicy. ( Generalnie cały plan jest tu, pod pkt.7. Ja mam II ) Całą sztafetę ( pierwsza próba ) robimy w 1 min 35 s. ( Chłopaki chyba tak samo) To jest porażka trochę..Wszystko przeze mnie. Żal mi siebie.
Coś mnie podkusiło, zobowiązałam się do nauczenia węzłów... ( Bóg mnie opuścił ?)
Teoretycznie kiedyś je umiałam. Co z tego, że teraz nie pamiętam żadnego z nich?
Najlepszy jest ten na prądownicy.. Lol. Nie zrobię xD ( węzły, pkt. 8.1.3 )
Wróciłam do domu, znowu zawrotna prędkość 50 km/h.
Prasówki. Wypadało by chociaż zacząć. No to zaczęłam.
Wieczorem robiłam kanapki. Rozpędziłam się jak chińczyk pracujący na akord w fabryce Nike
Telefon. Daria biegnie odebrać.
Daria : Haloooo? Tak.. jest tata.. Zaraz powiem siostrze.. ( drze morde do słuchawki ) Aniaaaaa! Idź po tatee !
Poszłam, wróciłam.. Ona się cieszy do tego telefonu.
Daria: A jak się pan nazywa? X ? Tata oddzwoni... No. Guten abend !
Po kilku minutach znowu X zadzwonił. Moim zdaniem po pierwszym razie myślał, że dodzwonił się doi szpitala psychiatrycznego. Z pewnością.
Daria biegnąc do łazienki wyglebała na podłodze w kuchni. Piękny widok. ( wredna jestem, tak. Ale Mateusz myjący podłogę też się krztusił ze śmiechu :-) ) Rozryczała się, wraca tą samą drogą którą przebiegła.
Ja: Nie biegnij! Idź powoli..
Gdzieżby. Ale tym razem się nie wywróciła. ( szkoda? )
Dowiedziałam się od Darii, że jestem jej matką. Bo? Bo jej robię kanapki, kolację i ją ubieram ( i muszę iść ją wrzucić pod prysznic.)
Nie no, ja się wzruszyłam. ( tak, sarkazm)
-Czym się różni ręcznik?
-Od czego?
-Od Ciebie, szmato!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz