sobota, 14 lipca 2012

14 lipca - sobota

Pobudka o siódmej rano. Niby nieciekawie, ale wypadało by przynajmniej zacząć pakowanie swoich rzeczy.

Śniadanie, tzw. Biedronkowe. Julka kupiła sobie... 40g pistacji :D Szalone zakupy.
Ja dwa pączki i jogurt pitny ( nie żeby zbierało mi się na bełta z tej "słodkości" ).
Czy ja już wspominałam o swoim ambitnym planie polowania na krzesła? Nawet ostatniego dnia nie mogło tego zabraknąć :-) Swoje śniadanie konsumowałam na krześle przed sceną, jakieś pół godziny przed rozpoczęciem.

Jeszcze trzeba kupić.. Koszulkę :-) Szybko się zdecydowałam - same najgorsze zostały -.-`. To nic, nadrobię w przyszłym roku :-)

Ostatnia msza. Tak.. szkoda trochę. 

I podsumowanie :


"To już jest koniec, nie ma już nic" nanana. I już więcej nie zobaczę wielkiego arkusza z napisem "WySprzedaż meblościanek" który mijałam za każdym razem w drodze na zakupy... :(

Przyjechał po mnie Bartek. Zrobiłam się nadmiernie wesoła, nie mam pojęcia dlaczego. Powiedzmy, że to sprawa odurzenia się Tymbarkiem :-)
Chodziłam sobie po sklepie w identyfikatorze ze SM, początkowo się nie zorientowałam.
Miałam w planach identyfikowanie się za każdym razem gdy wchodzę do domu, ale jakoś mi przeszło :)

Pierwsze wrażenie po przyjeździe do domu - co tu tak jasno?! Nie ogarniam.
Drugie - obiaaaad ! Tak, obiad, może być nawet fasolka, ale w końcu coś innego niż kanapki bez masła, z serkiem z Biedronki...

I się zaczęło. Trzeba pomóc Mateuszowi. Konkretnie przynosić mu drewno które on potnie piłą. I mogłam sobie śpiewać, nanananana ( piła mnie zagłusza) . W pewnym momencie tata i Mateusz aż mnie wyganiali, żebym poszła sobie do domu ( nie przez  śpiewanie ;-) ), ale zostałam i "pomagałam " dalej (mimo to, że ręce prawie mi odpadły ).

Komputer.. Nie żebym była uzależniona i musiała wbić jak najszybciej choćby na fejsa, ale.. 30 minut zawsze spoko ;-)
A później nareszcie mogłam się wyspać w miejscu gdzie nie jest zimno. Czyli w moim pokoju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz