niedziela, 22 lipca 2012

23 lipca - poniedziałek

Już od rana fantastyczny nastrój.
"Dobry dzień by umrzeć " - tak z pewnością powiedziałby ktoś z reklamy Marsa ( a Mars to sram od tyłu!), ewentualnie jakiegoś innego batona.
Nikt nie przyszedł. Sama musiałam sobie to powiedzieć.

W zasadzie przez cały dzień "oczekiwałam" głównej atrakcji jaką miał być pobyt na komisariacie. W sprawie złożenia zeznań. 
Jezu, najgorsza rzecz ( zaraz po grubej, krzywej mordze ) jaka mogła mi się przytrafić.
Nie jest istotne w jakiej sprawie były składane te zeznania, natomiast najbardziej utkwiło mi w pamięci pytanie: " Słyszałaś, żeby wyzywał ją..nie wiem.. od kurw, szmat? ". Takie delikatne, nieprawdaż ?

Jeszcze pamiętam sposób robienia notatek - wybiórczo, jak już coś musiał napisać, to [szanowny Pan policjant] najpierw literował wyraz, dopiero później pisał go na komputerze. Zabawne, aczkolwiek nie było mi wtedy do śmiechu. 
Czy policja to na prawdę taka debilna instytucja ?

Po wyjściu z komisariatu chyba pół godziny siedziałam w samochodzie, czekając na Kingę która poszła coś kupić.

Miałam wątpliwe szczęście obserwowania trzyosobowej rodzinki. Rodziny roku. ( chyba 2002) Wątpliwe, że z gatunku Homo sapiens, aczkolwiek dziecko dawało mi złudną nadzieję na to, że to ludzie myślący (jakoś).
Plastik, lat około 25, opływający brązem solary i tombakiem. Ubrana w skromne ( czytaj : rozmiar za małe) , aczkolwiek  urocze różowe legginsy. I gustowną bluzkę. W panterkę ( ten kto wymyślił ten wzór powinien się smażyć w piekle). Do szczęścia brakowało jej tylko białych kozaczków. Farbowany blond (ahh, te odrosty krzyczące: ja myślę! ) Całość uwieńczona piękną fryzurą a`la palma na czubku łba. Po prostu: wydrapcie mi oczy.
Ojciec: buty Nike, spodenki z targu i szary podkoszulek ( przypuszczam, że kiedyś był biały. Kiedyś ). 
Ze śliczną córeczką. Przynajmniej tak myślałam, dopóki nie zaczęli wołać do niej "Maciuś". 
Dziecko w oczojebnym różu i dłuższych włoskach ni cholery na chłopca nie wygląda.
Fanka żubra i fan tyskiego. I zapiekanek. Serem dokarmiali (na oko) dwuletnie dziecko. 
Kiedy tata zaczął pokazywać Maciusiowi mrówki, młody rezolutnie zaczął je deptać. Sprawił tym ogromną frajdę rodzicom, którzy zaczęli szukać kolejnych owadów. Śmiali się niezmiernie z tej rozkosznej zabawy.
Mały kibol rośnie. W różowej bluzeczce.





Moje życie, moja droga, mój wybór, moja krew.
 Nikt nie będzie mną kierował aż po samą śmierć!
Mój ból i cierpienie, moja rozkosz, moje łzy.
 Kim w ogóle jesteś by mówić mi jak żyć ?!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz