niedziela, 5 sierpnia 2012

6 sierpnia - poniedziałek

Kolejny tydzień wakacji rozpoczęty.
Prawdopodobnie kolejny z serii tych, które zmarnuję na nic-nierobieniu.
Dobra, nie można być pesymistą. Lepiej być..oportunistą! :3
Z tym, że raczej nie umiem. Chyba w końcu trzeba będzie się nauczyć.

Wyznaczyłam dla Kingi misję- załatwić mi wizytę u dermatologa. (Bez zarezerwowanego terminu proszę nie wracać. )
Załatwiła. 13 lipca. Znając życie do tego czasu to paskudztwo zniknie mi z ręki ( i nie będzie z czego pobrać.. hm.. próbki :-) ) ale lepsze to, niż nic.

Doszczętnie oddałam się czynności wykonywanej przeze mnie niemal codziennie, czytaj spaniu w dzień.
A Julka mnie obudziła. Zasadniczo to bardziej dzwonek niż Julka, ale to nie jest istotne.
Nawet nie do końca wiem w jakim celu dzwoniła :-) Wybacz.

Siedzę z Darią i tatą na dworze, obserwuję proces fotosyntezy przeprowadzany przez winogron i takie tam...
W pewnym momencie Daria doszła do wniosku,że się z nami w coś pobawi. Przyniosła książki do niemieckiego z zamiarem zrobienia quizu. Wymieniała jakiś kolor, owoc w języku szatana, a ja albo tata mieliśmy odpowiadać  co to jest. Za prawidłową odpowiedź - naklejka .
( Później już nie dawała naklejek, bo jej się przypomniało, że są one z działu którego jeszcze nie omawiali na lekcjach...:D )

Daria: Tato, masz naklejkę!
Tata: O nie! Jak chcesz żebym uczestniczył dalej w tej grze, to nic mi nie dawaj. - w skrócie : wypchaj się.
Ja swoje przykleiłam na buty. Uroczo.

Zebranie MDP. Teoretycznie o 18. W praktyce przyjechałam 5 minut przed czasem, okazało się, że juz po wszystkim.
A żeby wyciągnąć z kogokolwiek jakieś informacje trzeba się nieźle namęczyć.
-" O 10 mamy być pod kościołem..Albo nie, o 12!" - najlepiej od szóstej będę tam koczować.
-"Na dożynki są potrzebne 4 dziewczyny. Ale już są wybrane. Ale jak chcesz być to.."- Nie, nie chcę :)

Powiem tak : Kocham gimbusy. Na prawdę, po prostu wytatuuję sobie to kiedyś. Na plecach.

Po powrocie do domu przez dłuższy czas obmyślałam strategię, jaką można byłoby zastosować wobec najobrzydliwszego ciasta świata, upieczonego poprzedniego dnia.
Wymyśliłam ambitny plan - poczekać do około pierwszej, kiedy wszyscy zasną, wyjść z domu niczym ninja z latarką na czole ( jak górnik). Zabrać blachę z ciastem, wypieprzyć w krzaki, kupić bilet  do Czarnobyla i więcej nie wrócić.

To niestety przerosło moje możliwości . Głównym czynnikiem dla którego nie wprowadziłam  tego pomysłu w życie, jest mój strach przed ciemnością. Wystarczyłoby, żeby coś się ruszyło w krzakach, a gwarantuję,że byłabym cała zesrana. Na turkusowo.

Doszłam do wniosku, że raz się żyje, a jak mi to badziewie spleśnieje w piekarniku, to prędzej czy później będę musiała wykorzystać powyższą koncepcję.
Powiedziałam tacie,że upiekłam to coś, z tym, że nie wyszło. O nic się nie czepiał, powiedział, że to wina budyniu. ( zapamiętam to - jak ktoś mnie o coś oskarży, powiem, że to wszystko wina budyniu).
Nawet podjął próby konsumpcji. Życzę smacznego :)



"A ja się nie boję, nie! I robię swoje."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz